Obiecałem i o tym piszę! Oto kolejny bonusowy artykuł w którym ten jeden raz od dłuższego czasu odejdziemy od informatyki (żadne programowanie) a przejdziemy do opowiedzenia Wam mojej historii związanej z zaliczeniem języka angielskiego. Wybrałem egzamin Cambridge, aby jakoś udokumentować swój wysiłek. A wcale lekko nie było. Zapraszam do środka.

EGZAMIN CAMBRIDGE Z MOJEGO PUNKTU WIDZENIA

Nie będę pisać o samym teście co to takiego ani jak wygląda, bo nie o to tu chodzi. Opowiem jedynie jak u mnie wyglądały wrażenia związane z samymi przygotowaniami do testów.

TRENING

Wszystko zaczęło się w sierpniu, 2020 roku. Na samym jego początku zabrałem się za naukę angielskiego. Co prawda, to było repetytorium do matury, ale dla mnie było w sam raz ze względu na poziom trudności, a szybko potem się okazało jaki głupi z tego jestem. Zacząłem uczyć się najbardziej podstawowych czasów i starać się zapamiętywać słownictwo, a tych słówek nie było paręnaście.

Niski poziom wiedzy skłonił do refleksji, że miałem tylko jedno wyjście. Trzeba było pójść na korepetycje. Na miejscu okazało się, że czasów kompletnie nie umiem i musiałem uzupełnić te braki. Tydzień w tydzień wykonywało się zadania domowe oraz zaglądało się do tej samej książeczki, żeby "biczować się" słownictwem, które u mnie "leżało" (nie znałem ich po prostu).

Najgorsze było to, że naprawdę byłem święcie przekonany, że "umiem angielski". Przez lata żyłem w takim przeświadczeniu, że jak umiem wymawiać i umiem pisać, to resztę też mam w małym palcu. Dopiero chodzenie na korki uświadomiło mi, że przy niektórych nawet podstawowych zagadnieniach "leżę na całej linii" i trzeba się wziąć solidnie za naukę.

Jeden plus z tego był taki, że nie musiałem szkolić się z zakresu wymowy ("Pronunciation"). Obdarzony słuchem absolutnym wiedziałem już od razu jak dane słowo wypowiedzieć. Pisanie też szło mi wystarczająco dobrze, jeśli chodzi o brak literówek w słowach (dobrze wiem jak napisać "miscellaneous").

WYBÓR STOPNIA TRUDNOŚCI

Egzamin Cambridge oferuje kilka stopni trudności które, jak łatwo się domyślić, określają ogólny poziom wiedzy kandydata i jego biegłość w języku angielskim. Wahałem się pomiędzy jednym, a drugim. Na samym początku (początek sierpnia) byłem zdeterminowany, aby wybrać "B2 First". Jednak jak próbowałem wykonywać tamtejsze zadania, przerosło to moje ambicje. Ostatecznie zdecydowałem się wybrać poziom "B1 Preliminary". To jest taki "nisko zaawansowany", należący już do kategorii "Independent". Chciałem mieć to za sobą, aby mieć ocenę pozytywną, ale nie chciałem też wychodzić na cieniasa i chwytać za niższy stopień (choć nie mam nic do "A2 Key" ani do ludzi, którzy taki poziom wybrali). Robiłem ten test też dla samego siebie. Nie tylko dla zaliczenia przedmiotu, ale także żeby mieć co sobie wpisać w kwalifikacje zawodowe. CV z certyfikatem zawsze ładniej wygląda. W swoim życiu szukam każdej okazji do dodania sobie kolejnego "argumentu" do dyskusji (dowód, że mam coś do powiedzenia na dany temat).

Wypełniło się formularz, wpłaciło kasę i grzecznie czekało się na termin przystąpienia do egzaminu. W międzyczasie dalej się uczęszczało na korepetycje, popełniało błędy, wypełniało zadania, sprawdzało się te zadania czy zrobione dobrze, dalej się robiło błędy, aż w końcu przyszedł na maila PDF z terminem stawiennictwa. 21 lutego, 2021 roku miał się odbyć egzamin Cambridge. Tydzień przed terminem byłem już w Warszawie. Babcia była na tyle uprzejma, że pozwoliła mnie ugościć.

OSTATNI TYDZIEŃ PRZYGOTOWAŃ

Od 13 lutego, byłem zdany tylko na siebie. Już nie było pitu-pitu. Dzień po dniu wstawanie przed dziewiątą, śniadanie (albo nie), podręcznik na stół, zeszyty na stół, karteczka, długopisik i na dzień dobry, powtórzenie kilku zestawów słówek. Łącznie wychodziło jakieś 60-80 do napisania. Reguła była prosta. Jak udało mi się zapamiętać i napisać bezbłędnie wszystkie słówka z danego tematu, uznawałem że już je umiem i zamalowywałem innym kolorem. Gdy za drugim razem też był "perfect", wykreślałem temat i następny szedł w kolejce. Jeśli nie, patrzyłem co było nie tak i powtóreczka dnia kolejnego. Potem zaglądanie do podręcznika i powtórzenie tematów z gramatyki. Tu również dominowała technika pamięci mięśniowej. Gdy o niczym nie zapomniałem z danego tematu, za drugim razem wykreślałem z listy i następny temat w kolejce (było 5-6 maksymalnie do powtórki). Następnie do wieczora robiło się notatki z treści podręcznika i układało się nowe zdania. Przed snem, jeszcze jedna powtórka ze słówek.

W międzyczasie zacząłem się na serio interesować wskazówkami co robić, żeby uzyskać same wysokie wyniki z każdej części egzaminu. Tutaj szeroki ukłon w stronę tej witryny, bo to od niej pobrałem sobie porady jak sobie poradzić z każdą częścią testu. Nie dowiem się jak bardzo dzięki nim podniosłem sobie wynik, aczkolwiek na pewno znacznie zwiększyły moją pewność siebie, bo wiedziałem jak mam podejść do każdego testu. Egzamin Cambridge sprawdza człowieka z czterech części i na każdą z nich trzeba było się przygotować i wiedzieć jak postępować. Mogę Wam spokojnie polecić tę witrynę.

Najbardziej przerażająca dla mnie była część ustna. Oglądałem film z przykładowego testu "Speaking" i wyobrażałem sobie czarne scenariusze. Poświęciłem na trening do tej części przedostatni dzień przed egzaminem. Potem zabrałem się za praktykę pisania artykułów i listów korespondencyjnych, czyli test "Writing" zwracając uwagę na techniki podane na stronie do której zamieściłem odnośnik, w ostatnim dniu zanim nadszedł egzamin.

DZIEŃ PISANIA EGZAMINU

Kiedyś musiał przyjść ten dzień. 21 lutego, 2021 roku. Pomijam to, że przez pół nocy nie spałem. Nastawiłem sobie budzik, bo w takich sytuacjach nauczyłem się dmuchać na zimne. Nie był mi potrzebny. Stałem się chodzącym kłębkiem nerwów. Zacząłem się ubierać. Na śniadanie zrobiono mi jajecznicę. Nie byłem w stanie przełknąć ani kęsa. Nadszedł czas na wyjście z domu. Skierowałem się w stronę przystanku autobusowego. Jakieś 20 minut później byłem na miejscu. Uspokoiłem się dopiero w momencie czekania przed salą na rozpoczęcie. Poznało się kilka osób i o dziwo, było nawet kilkanaście ludzi podchodzących do egzaminu, a myślałem do tamtej chwili, że będzie tylko kilku (włącznie ze mną).

Rozpoczął się egzamin Cambridge. W momencie otwarcia karty z zadaniami, od razu wiedziałem co mam robić i w jakiej kolejności. Jakby mnie zaprogramowano. Już po pierwszych pięciu minutach odniosłem wrażenie, że trening dał rezultaty. Dzięki zastosowaniu tamtych porad, wyrobiłem się ze wszystkimi zadaniami i zostało mi 5 minut w zapasie. To znaczy, że gdybym leciał na piechotę tradycyjnie od pierwszego do ostatniego, byłoby prawdopodobieństwo niewyrobienia się i musiałbym na szybko strzelać.

Pominę dwa kolejne testy, bo nie było nic ciekawego i przejdę do "Speakingu". Zdziwicie się, ale ta część której się obawiałem najbardziej, poszła jak z płatka. Tutaj również "odczułem" efekt całotygodniowej praktyki i dzięki temu wiedziałem jakich pytań się spodziewać. Kolejność i formę znałem na pamięć.

Gdy wyszedłem z sali, odetchnąłem z wielką ulgą. Poczułem na skórze, że to już koniec. Skończył się etap walki i teraz przyjdzie kolejny rozdział. Wyszedłem z budynku uczelni parę minut po południu. Wróciłem do babci na piechotę. Chciałem skorzystać ze słonecznej pogody, bo wtedy wyjątkowo było pięknie. Gdy zjadłem zupę, położyłem się do łóżka i wstałem dopiero późnym wieczorem. Organizm musiał pozbyć się tego nagromadzonego stresu. Obudziłem się taki spokojny. Bez nerwów, bez konieczności dalszego męczenia się treningami. Parę dni później wróciłem do siebie i do swojego pokoju. Gotowy walczyć z kolejnymi problemami i wyzwaniami.

WYNIK KOŃCOWY

13 kwietnia przyszły wyniki odnośnie moich testów. Egzamin Cambridge zdany na "B1 Preliminary"! Ogólny wynik: 153. Pod względem progów zaliczeniowych jest taki "spoko". Ani wybitny, ani przeciętny. Misja się powiodła. Zapłaciłem i zaliczyłem. Sprawa zamknięta.

Wyniki egzaminu Cambridge na poziomie B1 Preliminary

Wysiłek się opłacił. Egzamin zaliczono na poziomie "B1 Preliminary"!

Na sam koniec, wyjaśnię czemu akurat dzisiaj postanowiłem o tym napisać. Dokładnie kwartał temu (21 lutego) przyszło mi odbyć ten egzamin. Niewyobrażalna dawka stresu jakiej nie czułem od lat, aby na miejscu przekonać się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Oto cały powód.


Tak się kończy moja opowieść o moim przystąpieniu do Cambridge. Wprowadziłem sobie wynik do swojego profilu na LinkedIn, bo jak pisałem, szukam każdej okazji do poszerzania swoich możliwości. Nie są to co prawda wysokie loty, ale zawsze podniesie szansę na przyjaźniejsze spojrzenie na moją osobę.

PODOBNE ARTYKUŁY