Tuż przed zakończeniem roku 2021, mam dla Was bonusowy artykuł "życiowy" jaki zapowiedziałem na Facebooku, na temat moich spostrzeżeń o życiu jako takim. Poznajcie już teraz aż 10 wniosków, które wyciągnąłem w 2021 roku.

10 WNIOSKÓW, KTÓRE WYCIĄGNĄŁEM W 2021 ROKU O ŻYCIU

Pragnę zaznaczyć, że wyciągnięte wnioski jakie przedstawiam poniżej nie dotyczą ani sytuacji pandemicznej w Polsce, ani jakiejkolwiek osoby popularnej albo wpływowej. Wszystko dotyczy tylko mnie oraz moich prywatnych wydarzeń jakie miały miejsce w 2021 roku i w ubiegłych latach.

1 z 10 wniosków: MILCZENIE NAPRAWDĘ JEST ZŁOTEM

Nie będę ukrywać, że często robi się ze mnie gaduła, zwłaszcza gdy rozmawiam z kimś kogo darzę szacunkiem. Jak to natura introwertyka, najbardziej otwiera się przy jednej osobie, a częściej milczy kiedy tych osób jest więcej. Przysłowiowe "mielenie ozorem" już nieraz wpędziło mnie w kłopoty albo wstydliwe sytuacje, od podstawówki do dnia dzisiejszego. Nie zamierzam bawić się w argumenty, żeby nie wchodzić aż tak bardzo we własne życie. To nie jest żadna biografia. Po prostu w pewnych sytuacjach, trzeba wiedzieć kiedy zamknąć mordę. Przekonałem się na własnej skórze, że "mowa jest srebrem, a milczenie złotem". Ktoś miał świętą rację mówiąc te słowa!

2 z 10 wniosków: NIE DA SIĘ ŻYĆ BEZ ŻADNEJ TRAUMY ANI WPADEK

Myślenie inaczej to efekt patrzenia w telewizji i internecie na tak zwanych "lepszych", czyli lepiej sytuowanych, wykształconych, ogólnie lubianych. Chciałem być na miejscu takich osób, bo w przeważającej części miały coś, czego mnie pozbawiono. Szacunek. Jeszcze parę lat temu uważałem takich ludzi za bezbłędnych, nieskazitelnych i perfekcyjnych. Wydawało mi się, że człowiek tylko wtedy jest narażony na gorsze sytuacje i tragedie, kiedy nie ma tej "tarczy" w postaci tysięcy dowodów wyrażania sympatii wobec tego kogoś (posty, tweety, komentarze itd.). A przecież każdy z nas ma wrogów i przyjaciół, bez względu na to jakie góry zdobędzie. Tylko o rzeczach nieprzyjemnych się nie mówi, ale to wcale nie znaczy że ich nie ma! W związku z tym, NIE DA SIĘ żyć bez żadnych porażek ani wpadek, ani sytuacji nieprzyjemnych. No po prostu się nie da!

3 z 10 wniosków: SĄ TACY, KTÓRZY MAJĄ GORZEJ ODE MNIE

Jest faktem, że przez długi czas robiłem z siebie nieszczęśnika. Nie potrafiłem docenić tego, co miałem. Patrzyłem tylko na jedną stronę medalu, zapominając że są DWIE! Są ci w lepszej sytuacji, ale są tacy co żyją dużo gorzej. W tym roku staram się to uwzględniać mimo "turbowania" w TV na temat tych dobrze sytuowanych (aktorów, piosenkarzy albo dzieciaków mających wpływowych rodziców) i walki z poczuciem własnej wartości. Mam gdzie spać, mam co jeść i pić, mam do kogo się odezwać, mam komputer, pracę którą bardzo lubię. Mam swoje marzenia, dążę do celu, czytam książki, pracuję, staram się zarobić i pomagać ludziom w swojej profesji. Wprawdzie można przeklinać na złe czasy i niekorzystne współczynniki mające wpływ na kolejną porażkę (na przykład gigantyczna konkurencja), niemniej jednak cały czas mam środki mogące to zmienić.

Jest masa ludzi, którzy nie mają tak dobrze jak ja. Są tacy, którzy nie mają dachu nad głową, pieniędzy na pokrywanie rachunków i podstawowych potrzeb, są bezrobotni, są niepełnosprawni, nie mają perspektyw, pomysłu na życie, zaglądają do butelki. To jest dopiero dramat! Nie móc wpłynąć na swoje życie to bezsilność, a to jest jedno z najgorszych uczuć jakich poznałem gorzki smak!

4 z 10 wniosków: JEŚLI NIE ZAREAGUJESZ, ZAWSZE BĘDZIE TAK SAMO

Albert Einstein powiedział kiedyś: "Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów". W 2021 roku zacząłem "widzieć" sens tego powiedzenia w rzeczywistości. Jakoś wcześniej mi to umykało i człowiek nie zwracał na to uwagi, natomiast jak się popatrzyło na pewne rutynowe zdarzenia pojawiające się rok w rok, które stały się przewidywalne jak zmieniające się pory roku, zdałem sobie sprawę że coś w tym musi być. Zauważyłem, że ta sentencja się spełnia także u osób, które nie reagują na pewne konieczności uciekając od podjęcia decyzji (ja też tak mam). To widać w przemocy fizycznej kiedy nie zgłasza się Policji pobicia, aż ktoś umiera. To widać u osób, które czekają całe życie aż im "złoty deszcz na głowę spadnie" i zwykle takie coś nie ma miejsca. To widać u ludzi dotkniętych uzależnieniem, którzy sprzeniewierzają ostatnie pieniądze aby zaspokoić swoją potrzebę alkoholową, narkotykową, tytoniową i każdą inną, aż kończy się to śmiercią.

W tym roku dotarło do mnie bardziej dobitnie, że to jest cholerna prawda. Brak decyzji jest RÓWNIEŻ decyzją! Bierne przyglądanie się niczego nie zmieni, a doprowadzi jedynie do katastrofy.

5 z 10 wniosków: W NIEKTÓRYCH WAŻNYCH SPRAWACH SPÓŹNIAM SIĘ O PARĘ LAT

Wśród 10 wniosków, które wyciągnąłem w 2021 roku, ten może być najdziwniejszy, niemniej jednak postanowiłem takim się podzielić.

Cofniemy się do czasów gimnazjum, kiedy jeszcze istniało. Miałem na lekcjach matematyki pierwiastkowanie i algebrę. Miałem z tym duże problemy i potrzebowałem masowego treningu, aby spróbować cokolwiek z tego zrozumieć. Coś, co niektóre osoby w klasie wchłaniały bez problemu jak gąbka, ja na to potrzebowałem TYGODNI opanowywania i siedzenia przy książce z zadaniami w stylu "tutoriala". Potem przyszła szkoła średnia i jakoś tak od drugiego roku, pierwiastki i algebra szły już o wiele lepiej, ale to już nie miało znaczenia bo były normą.

Drugi przykład, eliminacja wady wymowy. To była zmora prześladująca mnie aż do maja 2014 roku. Pozbyłem się jej mając dopiero siedemnaście lat. A przypominam, że dzieciaki mające już po 12 lat potrafią wyraźnie mówić. Nawet jeśli przyjąć 12 lat za początek "odliczania" (choć pewne dzieci mówią doskonale dużo wcześniej), wychodzi aż 5 lat różnicy! Wymowa to rzecz fundamentalna. Po przeniesieniu się do innej szkoły średniej, zapytano mnie nawet czy nie posługuję się przypadkiem gwarą śląską, bo wtedy zacząłem "wdrażać nowe przyzwyczajenia" co do układu języka i warg, przez co mówiłem z dużym opóźnieniem. Koszmar! Sprowadziłem to do przyzwoitego poziomu, ale to już nie miało znaczenia bo tę umiejętność opanowały już lata wcześniej miliony osób.

Do czego zmierzam? Do tego, że gdy dany temat jest "gorący", to nie jestem do niego dostatecznie przygotowany. Tak było ze szkołą, z moją wymową i tak jest teraz z działalnością. Gdybym zaczął wypuszczać gry parę lat wcześniej (a pierwsze gry tworzyłem już w 2008 roku!), to może miałbym większe szanse na szybsze wypromowanie się, bo przecież z roku na rok tej konkurencji przybywa, a początek byłby zainicjowany wcześniej. W momencie, kiedy temat nie sprawia mi już bólu, staje się on nieważny. Nie dostanę dobrej oceny za kartkówkę. Nie wypromuję swojej gry dysponując jako tako otwartym polem.

Żeby nie było. To nie żadna kosmiczna teoria wyssana z palucha, że jak zdarzyło się parę razy, to tak mam w każdym przypadku. Na przykład ortografię opanowywałem w znakomitym stopniu już w podstawówce. A w szkole średniej jak sprawiała mi kłopoty planimetria, tak mam z nią horrendalne problemy do dzisiaj. Chodzi o dostrzeżenie pewnej zależności jaka pojawiła się w niektórych istotnych wydarzeniach sprawiających mi ból, który dobrze zapamiętałem.

6 z 10 wniosków: NIE JEST WAŻNA TREŚĆ DOWCIPU, TYLKO KTO GO WYMAWIA

Problem z rozśmieszeniem kogoś towarzyszy mi od wielu lat. W przeważającej większości przypadków kiedy coś mówiłem, kończyło się to dwoma scenariuszami. Albo była cisza jak na pogrzebie, albo się śmiali...ze mnie, że taki suchar wypuściłem. Większa szansa na autentyczne poprawienie komuś humoru zdarzała się u osób starszych, jak na przykład nauczyciele, ale przy rówieśnikach kończyło się głównie klęską i poniżeniem.

W ostatnich kilkunastu miesiącach zacząłem analizować dziwny fenomen. Często kiedy ktoś inny, znany jako "jajcarz", rzucał śmieszkami jak z rękawa i się wszyscy śmiali (ja czasami również), dostrzegłem że wystarczył fakt, że to TA OSOBA powiedziała cokolwiek i już utożsamiane to było z żartem. Kiedy byłem młodszy i chciałem się przypodobać grupie rówieśniczej, często podchwytywałem te same teksty i je cytowałem słowo w słowo. NIKT się z tego nie śmiał. Tylko wtedy, kiedy wypowiedziała to ta sama osoba. Na pewno jakiś wpływ miał na to brak sympatii do mojej osoby, bo wielokrotnie "przyozdabiano mnie" plakietką wroga publicznego, natomiast kiedy żart jest dobry, to nawet wroga rozśmieszy. Nieraz już "dostałem rykoszetem" i prędzej się śmiano ze mnie gdy starałem się rozśmieszyć publikę, tak bezinteresownie. Kiedy szyderczo się chichra w tym samym czasie kilkanaście osób, wtedy już wiem że wyszedłem na idiotę.

Moje przypuszczenia przerodziły się w grubą teorię, kiedy identyczną sytuację zauważyłem u jednego mojego kumpla ze studiów, w czasie gdy mieliśmy zajęcia zdalne od zeszłego roku. Spotykaliśmy się w trójkę i też znacznie większy odsetek wypowiedzianych przez niego tekstów, rozśmieszała drugiego mojego kumpla (tego trzeciego). Kiedy ja próbowałem zażartować, kończyło się to głównie "wielokropkiem", takie jakie wyskakują w komiksach, kiedy ktoś nie wie co powiedzieć, w kontekście "jaki żal". A to są osoby przyjaźnie do mnie nastawione więc nie ma mowy o "zakazie" śmiania się, "żeby ktoś nie pomyślał, że jestem z nim w zmowie"!

Od tej pory, staram się być najmniej żartobliwy jak potrafię. Po prostu nie umiem opowiadać dowcipów. Być może za dużo złego w życiu przeżyłem i to stało się bezpośrednią przyczyną.

7 z 10 wniosków: CZASAMI NIE OPŁACA SIĘ BYĆ MIŁYM (W OGÓLE)

Mama wychowała mnie, aby być do każdej osoby nastawiony kulturalnie, zwłaszcza obcej. Już pomijam fakt, że zdarzali się często tacy, którzy to perfidnie wykorzystywali do swoich celów, aczkolwiek trafiałem w swoim życiu na cwaniaczków, którzy już od samego początku byli wrogo nastawieni, a nie znali nawet mojego imienia.

Najgorsze były jednak grupy konspiracyjne, w szkole i na zewnątrz niej. Jeden był od dokuczania, drugi od śmiania, trzeci od przezywania, a czwarty od donoszenia i bycia kapusiem jak za PRL. Jak jeszcze ten sam cykał fotki bez mojej zgody ani wiedzy, to już w ogóle miałem ochotę uzbroić się w broń palną, skierować się w ich kierunku i pociągnąć za spust. Nie kończyło się na czterech "sztukach". "Komitety spiskowe" zawierały w sobie liczebność wielkości jednej klasy w szkole, a większość z nich widziałem po raz pierwszy w życiu. Za to oni już wiedzieli jak się nazywam, kim jestem oraz że nic złego im nie grozi z mojej strony. Normalnie powtórka lat osiemdziesiątych. Gapili się, kiwali łbami w moją stronę obrabiając tyłek, czasami wołali moje imię. Weź tu jakoś zareaguj!

Praktyka życiowa mi pokazała, że niektórzy już z natury są...przepraszam...skurwysynami (za dużo jest takich). Mają to we krwi. Atakują bez powodu, krzyczą, kompromitują, czasem mają ochotę przyłożyć. Głównie za to, że oddycham albo przez przypadek bądź z nerwów zrobię coś, czego nie znoszą. Co ciekawe, nie tylko "rówieśnicy tylko z nazwy" tacy byli. Z niektórymi nauczycielami też mam na pieńku i powyrywałbym im nogi z tyłka za te mocno przesadzone akcje.

Pokazałem pazury? Nie! Nie jestem typem agresora, który nawrzuca publicznie od najgorszych, chociaż wiele razy żałowałem. Raczej negocjator. Spróbować się dogadać, nawet jeśli z góry było wiadome, że tracę czas. To miało swoje konsekwencje, a jedną z nich był efekt bierności opisany we wniosku #4. Dotarło do mnie, że choćby nie wiem jakby się próbowało i choć jak bardzo by się na rzęsach nie skakało, i tak nie uszanują. Będą dożywotnio wrogami i koniec. Ten, kto gnidą się urodził, ten już gnidą pozostanie.

8 z 10 wniosków: SĄ TACY LUDZIE, KTÓRZY ZAPOMNĄ ŻE BYŁEŚ DLA NICH DOBRY

Widziałem już wielokrotnie jak niektórym tak zwanym "kolegom" nawet powieka nie drgnęła, żeby mnie zdradzić albo rozczarować (choć ja sam też święty nie jestem). W tym roku dołączyło dwóch nowych "kamratów" i to nie tylko rówieśnik, ale też osoba którą brałem za przykład do naśladowania w kręgach naukowych, że tak napiszę, co stanowiło rozczarowanie ze zdwojoną siłą.

Był taki jeden koleżka, z którym nawiązałem kontakt przez Facebooka na początku 2019 roku. Taki jeden kolega ze szkoły średniej zanim się przeniosłem do innej. Nie miałem nic do niego. Chciałem przywrócić jakieś kontakty, bo niektórych naprawdę dobrze wspominam do tej pory, a większość znajomych nie chce ze mną rozmawiać, nawet jeśli ja pierwszy zapytam co u nich (czemu?). Przypomniałem mu się, "udowodniłem" że byłem w tej samej klasie i tak od słowa do słowa, aż zaczęliśmy pisać o informatyce. Pochwalił się, że robi za granicą jako programista deweloper i zarabia krocie.

Kulminacyjny punkt rozmowy był w postaci pytania czy to ja jestem autorem Wikipedii "Fandom" o sobie i mojej działalności (w tamtym czasie założyłem Wikipedię o sobie, bo nie szły żadne zadowalające wyniki wyświetleń). Żyjąc ze świadomością, że nie po to robię to wszystko, żeby się tego wypierać, odparłem że tak. Pada pytanie czy może mi coś poradzić w tej sprawie. To ja piszę "OK". Chłop pracuje za granicą, zarabia niezłe pieniądze, to pomyślałem że może naprawdę ma coś ciekawego do napisania. Wiecie co mi poradził? Że jestem "bufonem" i żebym "zszedł z tonu". Wtedy jeszcze nie podchodziłem do takich tekstów ostro od razu więc starałem się wytłumaczyć, że nie robię tego dla sławy (bo wiem, że sława nie jest niczym dobrym!), że tylko chcę aby ludzie się w końcu dowiadywali o mojej działalności na szerszą skalę (o moich pracach, a nie o mnie) i że chcę prowadzić działalność tak samo jak moja matka, która hoduje koty (zarabia, a paparazzi nie wchodzą jej do domu). A ten jaśniepan znowu swoje, że to mnie nie tłumaczy i znowu "Ty bufonie".

Od kiedy pisanie artykułów o sobie na własnej Wikipedii jest oznaką wyższości? Jakoś nie ma pretensji jak istnieją Wikipedie o grach, serialach, zespołach muzycznych i tak dalej. Jak zerknąłem do oryginalnej Wikipedii, to artykuły o kimś są pisane w takim samym stylu: zdjęcie w stylu portretu, a poniżej niego tabelka z danymi osobowymi, zawodem, wykształceniem. Po lewej stronie opis na kilkanaście stron jaka działalność prowadzona w połączeniu z życiem prywatnym. Nie mogłem napisać o sobie na prawdziwej Wikipedii, bo administratorzy zaczęliby "krzyczeć", że co ze mnie za osoba szanowana w kręgach społecznych i co ja osiągnąłem w życiu? A wtedy ślepo wierzyłem, że taki artykuł może mi podnieść wyświetlenia do strony. Dzisiaj już wiem, że nie. Idąc tokiem jego rozumowania, to każdy kto się reklamuje w internecie i pragnie coś osiągnąć, to jest "bufonem". Gratulacje. Już wiedziałem z kim dyskutuję więc go zablokowałem. Tym sposobem straciłem sympatię do gościa tylko dlatego, że mu nie pasuje że się chcę wypromować. W takim razie to żaden z niego kolega! Sześć lat wcześniej kiedy użyczyłem mu napoju z butelki na przerwie szkolnej, powiedział mi osobiście: "Kiedyś Ci się za to odwdzięczę" (to jest ta wdzięczność?). Nie zapomnę tych słów!

To tylko jedna z wielu nieprzyjemnych historii jakie się przydarzyły w niedalekiej przeszłości. Nie spodziewam się wcale ani refleksji, ani szczerej skruchy. Być może miał rację, nie mnie to oceniać, ale desperacko pragnąłem przerwać tę ignorancję i sprawić, żeby więcej ludzi interesowało się tym, co robię. Zaglądam do Internetu codziennie i widzę co jest prawdą, a co hipokryzją. Podobne arogancje doprowadziły do następującej konstatacji. Niektórzy już tacy są, mają swój arogancki charakter i jeśli na Ciebie naskakują, to już nie pamiętają jacy milutcy byli wobec Ciebie wcześniej. Zwłaszcza kiedy skamlali o pomoc.

9 z 10 wniosków: "CO BY BYŁO, GDYBY" NIEKONIECZNIE MOGŁOBY BYĆ OPTYMISTYCZNE

Pewnie to znacie. W nerwach albo żalach mówimy sobie często, że "jaki(-a) ja byłem(-am) głupi(a), że…" albo "gdybym postąpił(a) inaczej, to byłoby lepiej". Ale czy wiadomo czy zmieniłoby się coś na lepsze? Nie wiadomo! Ja też wielu rzeczy żałuję, wiele rzeczy przemilczałem, przy wielu sytuacjach się nie wtrącałem. Jednakże nie mogę dać sobie pewności, że w alternatywnej rzeczywistości wszystko byłoby o wiele prostsze, gdybym zrobił coś albo nie zrobił czegoś, albo powiedział co innego, albo kogoś uderzył, albo się komuś przeciwstawił. Mógłbym nawet już nie żyć (a byłem wielokrotnie w sytuacjach zagrożenia życia)! Powinniście już rozumieć do czego zmierzam.

W tym roku dotarło do mnie, że wszystkim znana śpiewka "co by było, gdyby…" to w rzeczywistości nieskończone gdybanie o przebiegu zdarzeń, które mogłoby pójść W DWIE strony. Albo byłoby lepiej, albo gorzej. Tak, gorzej też...

10 z 10 wniosków: DZIAŁALNOŚĆ TYLKO ZMIENIA TEMAT DRWIN

To ostatni wśród 10 wniosków, które wyciągnąłem w 2021 roku. Mianowicie, pełne uświadomienie sobie, że bycie formalnie artystą staje się tylko kolejnym powodem do drwin, ale samo w sobie nie jest "zapalnikiem". Czyli jeśli ktoś nie lubił mnie wcześniej i odwraca się do mnie plecami w momencie dowiedzenia się, że robię to co robię, to znaczy że żaden był z niego przyjaciel tylko kolejny zdrajca.

Czy kiedyś nie kpiono sobie ze mnie? Oczywiście, że tak! Tylko za dzieciaka nie robiłem tego wszystkiego, co teraz robię. Zatem jedyny wniosek taki, że działalność jedynie "podsyca" chęć poniżenia i skompromitowania mojej osoby, ale jej brak nie uchroniłby mnie przed takimi próbami do końca życia. Co mnie wkurza osobiście to to, że niektórzy ludzie tak właśnie myślą. "Zamknę się i nie będę się wychylać, to może dadzą mi spokój". Gówno prawda! W taki sposób to nie działa. Jest zawsze masa powodów dlaczego jeden człowiek robi koszmar drugiemu człowiekowi. Predyspozycje fizyczne, sytuacja rodzinna, obciachowe zawody wykonywane przez rodziców albo ich samych. Kumacie? Mógłbym być piszczykotką i byłyby drwiny. Mógłbym być opasły i dalej byłyby kpiny. Summa summarum, byłbym w ciemnej dupie (i tak byłem!), a tak mając jakieś pasje, mogę mieć szansę się przeciwstawić.

Dlatego drodzy moi. Jeśli umiecie robić coś wspaniałego, a jeszcze lepiej jak możecie na tym przytulić pieniądze, to DZIAŁAJCIE! Nie słuchajcie ludzi że się nie uda, że to nie ma sensu, że jesteście nic niewarci, że co ludzie powiedzą (to jest najlepsze). "Bo się boję" też wyeliminujcie z głowy najszybciej jak tylko można. Życie macie tylko jedno i jeżeli teraz nie ruszycie dupy i nie postanowicie zmienić swojego życia, to będzie zawsze takie same (definicja szaleństwa wg Einsteina). Rezygnacja z marzeń NIE SPOWODUJE, że już nikt Wam nigdy nie dokuczy! Wasza aktywność tylko przyniesie innym zmianę powodu do drwin (często także częstotliwość), ale nie sprawi że już wcale ich nie doświadczycie. Na pytanie "czy warto?", odpowiadam "tak"!


Domyślam się, że niektórzy złośliwi mogą sobie myśleć "łał, to żeś człowieku Amerykę odkrył. To nie wiedziałeś, że takie życie jest, HĘ?". Może to oczywiste dla Ciebie, ale dla mnie jeszcze nie było. Nie ma dnia żebym się nie zastanawiał ile jeszcze lat tej gonitwy, żeby skończyły się te hipokryzje, poniżania i inne nieprzyjemne sytuacje. Jeśli ktoś przeczytał całość bez pomijania ani jednego słowa, to serdecznie dziękuję i gratuluję.

PODOBNE ARTYKUŁY